sobota, 25 września 2010
Przeczytałem kiedyś na Supergigancie o filmie "Bucket List" i zainteresowałem się nim na tyle, że postanowiłem go koniecznie obejrzeć. Film - mimo gwiazdorskiej obsady i świetnego pomysłu na scenariusz - okazał się przeciętną, amerykańską produkcją. Ale sama idea opracowania własnej bucket list była bardzo interesująca i cóż, swoją listę stworzyłem. Parę dni temu lista została poszerzona (o tym dlaczego, niedługo) o kolejną pozycję. Na pewno jedną z trudniejszych do zrealizowania, bo wymagającą czasu (na szczęście mam go do końca życia), ale też zasobnego konta bankowego. Na drugiej szali położona będzie pasja i chęć spokojnego spoczynku z czystym sumieniem. Do rzeczy. Celem na następnych kilkadziesiąt lat będzie odwiedzenie wszystkich krajów Europy i obejrzenie tam meczu piłki nożnej w najwyższej klasie rozgrywkowej. Z marszu pojawia się problem. Jak zdefiniować Stary Kontynent i które kraje brać pod uwagę jako te konieczne do odwiedzenia? Czy brać pod uwagę tylko granice geograficzne, które są bezwzględne choćby dla Cypru, niemieszczącego się w ich ramach, choć należącego do Unii Europejskiej? Co zrobić z Irlandią Północną i Szkocją, które należą do Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii, ale mające własne ligi i reprezentacje? Co z państwami geograficznie leżącymi na dwóch kontynentach, jak Kazachstan, Turcja, czy Rosja? Brać pod uwagę tylko tę część ich terytorium, która leży w Europie i tam oglądać mecz? W przypadku Turcji będzie to trudne do spełnienia. A co z UEFA, której członkami są Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, a nawet Izrael, niemające nic wspólnego z Europą? Tam też się udać? Trudno podjąć się w chwili obecnej odpowiedzi. Jeśli nadarzy się kiedyś okazja do obejrzenia ligi izraelskiej na stadionie w Jerozolimie, to krąg się zapewne poszerzy. Na razie lista zawiera dwie pozycje, a dziś - chronologicznie - czas na pierwszą. Tu niespodzianki nie ma: Polska.
1. Rozgrywki. 1. liga polska. 2. Data. 8.05.1999 r. 25. kolejka. 3. Mecz. Zagłębie Lubin - Widzew Łódź 0:1 (0:0). 0:1 - 87' Dariusz Gęsior. 4. Cena biletu. Brak danych pamięciowych. Wiem tylko, że kobiety miały wstęp darmowy, więc ta przyjemność mnie ominęła. 5. Historia wyjazdu. Rodzice mojego kolegi postanowili zabrać dwóch młodych entuzjastów na ich pierwszy poważny mecz piłki nożnej. I tak w rodzinnej atmosferze w czteroosobowym składzie wybraliśmy się czerwonym Golfem II do Lubina. Na mecz z jakiegoś powodu dotarliśmy z kilkuminutowym opóźnieniem i przywitały nas okrzyki nielicznej grupy kibiców, dochodzące z ogromnej niecki starego stadionu Miedziowych. 6. Opis meczu. Ciężko z pamięci wygrzebać coś o grze zespołów. Na pewno zdecydowanym był Widzew, który w tamtym sezonie zajął drugie miejsce w lidze. Zagłębie co prawda nie było jeszcze pewne utrzymania, ale ostatecznie spokojnie obroniło się przed spadkiem. Obie drużyny - co widać na załączonym filmie - miały swoje sytuacje i tylko dobra gra bramkarzy spowodowała strzelenie jednej bramki. Bramkarze bronili na tyle dobrze, że w magazynie ligowym dwie z ich interwencji znalazły się wśród pięciu najefektowniejszych parad kolejki. 7. Na stadionie. Przy obecności zaledwie 1500 widzów na mogącym pomieścić ponad 30 tysięcy osób obiekcie oprawa nie była plusem. Przyjechała garstka kibiców Widzewa, którzy dwa lub trzy razy odezwali się okrzykiem: RTS! RTS!. Fani Miedziowych byli bardziej liczni, ale ekipa była zdecydowanie mniejsza, aniżeli dzisiejsze Wielkie Zagłębie. Doszło nawet do dziwnej sytuacji z udziałem ostatnich. Otóż - nie wiedzieć czemu - podpalili jedną z flag zawieszonych na swoim sektorze. Do dzisiaj zastanawiam się dlaczego. Na stadion dotarliśmy z opóźnieniem, ale bilety kupiliśmy na najlepszy sektor. Ceny nie były wtedy chyba najwyższe. Usiedliśmy na słynnej "40", ułożonej z krzesełek na głównej trybunie. Padał deszcz, toteż byliśmy wraz z kolegą odziani w przeciwdeszczowe peleryny. Na przekór - ja jako fan Widzewa miałem zieloną w kolorze strojów Zagłębia, a kolega białą w barwach spodenek Łodzian. Kolega chcąc wspomóc trochę niemrawych kibiców z Lubina, próbował kilka razy zachęcić gospodarzy do bardziej wytężonej gry, krzycząc: Zagłębie!. Namawiał mnie, abym ja uczynił to samo w stronę gości, ale siedząc na stadionie Zagłębia, uznałem to za sporą niestosowność, a nawet za prokurowanie nieprzyjemnej dla mnie sytuacji. Wygrał Widzew, i nie pamiętam czy rzeczywiście cieszyłem się z tego rozstrzygnięcia. Na zdjęciach widać, że po meczu byłem jakby bardziej uśmiechnięty, niż w trakcie, bądź w przerwie spotkania. Widzew bardzo lubiłem, bo grał w europejskich pucharach i miał świetne stroje, choć już bez Bakomy, lecz z Piastem na przedzie. To był spory minus, gdyż wtedy jogurty cieszyły się u mnie większym wzięciem, niż piwo. 8. Linki. Składy. Skrót meczu na serwisie wrzuta.pl. Warto - komentują Jacek Laskowski i (chyba) Tomasz Smokowski. Widać super robinsonady Mioduszewskiego oraz żelaznego rezerwowego w polskich klubach Sławomira Olszewskiego, który rozgrywał wtedy swój najliczniejszy pod względem występów sezon. 9. Inne. Wizyty na stadionie Zagłębia są - z jednym wyjątkiem - moimi jedynymi wizytami na meczach polskiej pierwszej ligi. Tym wyjątkiem jest spotkanie Górnika Polkowice z Lechem Poznań, które podczas tegorocznych wakacji, powróciło w nieciekawych okolicznościach na łamy gazet i do serwisów informacyjnych. Za sprawą afery korupcyjnej.
piątek, 06 sierpnia 2010
Otwierając bloga brzydko wygląda ostatni wpis. Nie ma w nim krzty wiary w lepsze dni. Zamknięty rozdział przysypany dwoma metrami ziemi. Ale dziś - nawet nie po nowotestamentowych trzech dniach - okazja na zmartwychwstanie. Okazja, bo nadzieję odnaleźć można tylko w nogach, płucach i głowach wykonawców, pomysłach kreatorów oraz w dobrej (hojnej) ręce fundatorów, ale oby trafniej gospodarującej. Ten zestaw pewności na lepsze jutro nie daje. Rusza Ekstraklasa. Co jest w tej lidze takiego, że pomimo takich popisów na arenie międzynarodowej, człowiek ciągle do niej wraca, żyje złudzeniami, cieszy się na widok stadionu Polonii Bytom, wierzy, że na jego oczach narodzi się zbawiciel polskiej piłki z "44" na plecach? Chyba chodzi o to, że to wszystko nasze, polskie. Czuje się pokrewieństwo z tymi - biegającymi po coraz ładniejszych stadionach - ludźmi, kontynuatorami tradycji Kuchara, Reymana, Brychczego, o generacji lat 60. i 70. nie wspominając. Współcześni herosi szargają, a wręcz rwą pamięć o niegdysiejszych bohaterach Chorzowa, Zabrza, Poznania i Warszawy. Już nawet niestety nie ma sensu pisać. Chciałbym wierzyć, że trwająca blisko 20 lat (przyjmijmy półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów Legii za ostatni znaczący wynik w Europie) mizeria piłki klubowej dobiegnie kiedyś końca. Nawet nie za rok, nie za dwa, ale za pięć, dziesięć lat. Wszak kluby będą coraz bogatsze. Nowe stadiony to żyła złote i same z siebie ściągną na swoje świeżo zmontowane krzesełka ojców z synami i córkami, którym trzeba będzie kupić hamburgera za osiem złotych, jednorazowo szalik, jednorazowo czapkę zimową, co by dziecina nie zmarzła, bo mama więcej na mecz nie puści. Jeszcze nie zobaczyłem, ale już uwierzyłem. Ale jak będzie w praktyce? Mamy trzydzieści kolejek, aby się przekonać. Zestaw faworytów rokrocznie ten sam. O majstra bić się będą Lech, Legia i Wisła. Pokrzyżować (ryzykowne ostatnio słowo) plany będzie im chciała Polonia z Warszawy. Czarnym koniem może być Śląsk, kolekcjonujący ostatnio zawodników typowanych niegdyś na liderów reprezentacji; do Sebastiana Mili dołączył Przemysław Kaźmierczak, a do kompletu niespełnionych nadziei środka pola brakuje tylko znów wypożyczonego do Jagiellonii z Metalista Charków - Marcina Burkhardta. Nie mniejszą walkę o utrzymanie stoczą pewnie kluby z Pomorza, Śląska, a do tej rywalizacji włączy się zapewne łódzki Widzew. Po spadku Odry Wodzisław trudno wskazać w tym sezonie murowanego kandydata do opuszczenia za dziesięć miesięcy ligi. Początek dzisiaj o godzimie 17:30 w Bełchatowie z Marcinem Żewłakowem na boisku, a pół godziny po ostatnim gwizdku sędziego Musiała na były stadion im. Adolfa Hitlera w Zabrzu wybiegnie Łukasz Podolski Ebi Smolarek.
czwartek, 29 lipca 2010
poniedziałek, 12 lipca 2010
Do 116 minuty Anders Iniesta grał genialnie, ale tylko do pola karnego rywala. Tam zawodził na całej linii. Nie wiem czy bał się splendoru i uwielbienia kibiców, które spłynęłyby na niego po umieszczeniu piłki w siatce? Przecież to niebywale skromny jegomość. A może chciał minąć jeszcze obrońcę, może chciał minąć jeszcze bramkarza i efektowniej rozwiać marzenia Oranje o mistrzowskim tytule? Na cztery minuty przed końcem dogrywki zdecydował, że uczyni to, co ma uczynić. Zrobi to, co widocznie było mu dane. Strzelił. Niezbyt pięknie, ale na miarę marzeń wszystkich mieszkańców Królestwa Hiszpanii. Iniesta to prawdziwy dream-killer światowych boisk. Kilkanaście miesięcy temu rozwiał w pył największe pragnienie Romana Abramowicza i jego Chelsea o wygraniu Ligi Mistrzów. Teraz, o jego nadludzkich zdolnościach, przekonali się reprezentanci Holandii w najważniejszym meczu czterolecia. To może nie był najpiękniejszy finał mundialu, choć spotkały się w nim drużyny grające piłkę nieosiągalną dla pozostałych. Efektowną i z widocznym bożym palcem, ale przy tym doskonale poukładaną, gdzie każdy z zawodników ma określoną rolę do spełnienia i wykonuję ją w 105%. Właśnie to przyczyniło się do holenderskiej zguby. Brak jednego atomu, który rozsadził niderlandzką materię. Tym atomem był John Heitinga. Jednak wychowanek Ajaxu nie mógł zachować się inaczej. Odłożył egzekucję, jaką miał wykonać na nim i jego kolegach Iniesta. Drugi raz z rzędu przegrana drużyna otrzymuje czerwoną kartkę w dogrywce. Drugi raz z rzędu kończący karierę kapitan schodzi z boiska pokonany. I choć Zinedine Zidane oraz Giovanni van Bronckhorst są lub byli piłkarzami kompletnie różnymi, to zapisali się złotymi literami w historii futbolu. Największym bohaterem finału obok Iniesty był z kolei kapitan triumfatorów - Iker Casillas. Gdyby nie golkiper Realu to nikt nie mówiłby o strzelcu zwycięskiej bramki, a na ustach wszystkich byłby pewnie Arjen Robben. Casillas dzisiejszym występem przekreślił grubą kreską bramkarską mizerię afrykańskiego turnieju. Gdyby nie on w pamięci pozostałyby tylko wpadki, którym udanie towarzyszyła Jabulani. Interwencje Ikera były tego chłodnego wieczoru w Johannesburgu fantastyczne i potwierdzające fakt, że jest najlepszym bramkarzem ostatniego dziesięciolecia, a może i najlepszym w historii piłki nożnej. Nie jest wykluczone, że jesteśmy świadkami drużyny, która jeszcze przez lata będzie dominować w światowym futbolu. Hiszpania może stać się dynastią na miarę Chicago Bulls, które zdominowało NBA w latach 90. Tylko Joan Capdevilla i Carlos Marchena z kadry Vincente del Bosque urodzili się przed rokiem 1980. I choć Xavi za cztery lata będzie liczył 34 wiosny to warto zauważyć, że właśnie w tym wieku wspomniany Zinedine Zidane grał jeden z najlepszych turniejów w życiu na boiskach w Niemczech. Ale czy nie to samo myśleliśmy o Francji, wygrywającej dwa wielkie turnieje z rzędu? Hiszpanie przyjadą do Polski i na Ukrainę w glorii mistrzów świata i Europy, a także faworyta numer jeden. Ale czekać tam będą na nich żądni rewanżu Niemcy i dzisiejsi przegrani Holendrzy. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi sportowe
Niekoniecznie sportowo
Polecam
|