niedziela, 02 sierpnia 2009
Piotr Wadecki w reportażu Niedokończona historia, prezentowanym w TVP Sport, powiedział, że rok 2000 był ostatnim, kiedy polscy kolarze znaczyli coś w zawodowym peletonie. Rzeczywiście, wystarczy przypomnieć choćby srebrny medal Zbigniewa Sprucha na mistrzostwach świata w Plouay. Podczas tej samej imprezy Peter Mazur i Łukasz Bodnar podzielili się medalami jazdy indywidualnej na czas w kategorii juniorów. Przyszłość należała do Polaków. Niestety rezultaty odnoszone w wieku juniorskim, nie zawsze przenoszą się na wyniki uzyskiwane w seniorach i teraz triumfy na szosach świata święci Marcus Burghardt, czternasty w tamtej próbie. Oczywiście, Polska nie jest kolarską pustynią i w kolejnych latach zdarzały się sukcesy, lecz nie na miarę talentu i możliwości niektórych z kolarzy. Wspomnianemu Wadeckiemu w zrobieniu prawdziwej kariery przeszkodziła ciężka kontuzja. A talent miał niesamowity. Wystarczy napisać, iż typowany był na "następcę Jaskuły". Bieżący rok jest chyba najlepszy od 2000. O kolarstwie robi się znowu głośno w mediach. Rozpoczęło się od mistrzostw świata w kolarstwie torowym. Zarzuca się prezesowi Walkiewiczowi, że pruszkowski tor jest jego oczkiem w głowie, a szosę traktuje mniej poważnie. Nawet jeśli tak jest, to warto chwalić się tym co mamy. A obok Wielkiej Krokwi w Zakopanem, tor w Pruszkowie jest naszą eksportową areną sportową. Prawdziwą furorę robi w tym sezonie Przemysław Niemiec. Giro del Trentino jest obok Tour de Romandie główną imprezą przygotowawczą do Giro d'Italia. I to podczas tego wyścigu nogę sprawdzał, powracający do ścigania po dopingowej wpadce, Ivan Basso. Niemiec zdołał ograć Włocha na najtrudniejszym etapie GdT z metą na podjeździe do Alpe di Pampeago, zajmując ostatecznie 3. pozycję w klasyfikacji generalnej. Dwa miesiące później, kolarz ścigający się w ekipie Miche, wygrał trudną etapówkę Route du Sud. Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się triumf Sylwestra Szmyda podczas Dauphine Libere. Nagle Polakiem zaczęto się bardziej interesować. Udzielił kilku wywiadów i stał się twarzą startującego dziś w Warszawie Tour de Pologne, gdzie wielu liczy na jego końcowy sukces. O to może być trudno, gdyż Sylwek zakończył niedawno trening wysokogórski i TdP traktuje jako przetarcie przed hiszpańską Vueltą. Na zwycięstwo etapowe podczas Tour de Pologne czekamy od 11 września 2004 roku, kiedy Marek Rutkiewicz wygrał etap z Piechowic do Karpacza. Minęło prawie pięć lat i nadal ten zawodnik kreowany jest na polskiego faworyta. Nazywam go "polskim Armstrongiem", ponieważ od lat przygotowuje się na ten jeden wyścig, z zamiarem ostatecznego triumfu, tak jak Lance do TdF w latach 1999-2005. Różnica między reprezentantem naszego kraju, a Amerykaninem polega na tym, że LA wypełniał swój plan w 100%, z kolei Rutkiewicz rokrocznie zawodzi. Dlatego w tym roku niech wygra najlepszy, ale niech będzie to Szymd. Obyśmy ujrzeli choć jeden obrazek podobny do zamieszczonego wyżej. Photo: Riccardo Scanferla (Niemiec wygrywa na Alpe di Pampeago)
wtorek, 14 lipca 2009
14 lipca jest szczególnym dniem w historii Europy. Ten dzień uznaje się za symboliczny wybuch Wielkiej Rewolucji Francuskiej, niosącej na swoich sztandarach "wolność, równość, braterstwo". Francuzi świętują dzień zdobycia Bastylii na kilku płaszczyznach. Najbardziej znanym elementem celebrowania 14 lipca jest oczywiście defilada wojskowa na Polach Elizejskich, gdzie za kilkanaście dni kolarze startujący w wyścigu Tour de France zaprezentują swoje umiejętności.
Tegoroczny Tour to pasmo sukcesów dla kolarzy z Francji. Takiego startu nie mieli od 2001 roku, kiedy na siedmiu pierwszych etapach odnieśli cztery triumfy: Christophe Moreau, dwa razy Laurent Jalabert oraz w jeździe drużynowej na czas francuska grupa Credit Agricole. W tym roku reprezentanci Trójkolorowych wygrali trzy z dziewięciu etapów. Osiem lat temu licznik zatrzymał się na czterech zwycięstwach, teraz może urosnąć. Szczególnie dziś - w dzień święta narodowego. Wygrana etapu Tour de France jest sprawą ogromnej wagi. Znaczenie wzrasta podwójnie, kiedy któryś z Francuzów zwycięży 14 lipca. Taka historia w ostatnich latach wydarzyła się kilkakrotnie. 1995 -Nicolas Jalabert, 1997 - Laurent Brochard, 2001 - ponownie Jalabert, 2004 - Richard Virenque, i ostatni raz 2005 - David Moncoutie. Dzisiaj zadanie będą mieli utrudnione. Z dwóch powodów. Pierwszym jest fakt, iż 10. etap jest jednym z nielicznych stricte sprinterskich. Cavendish i spółka będą chcieli za wszelką cenę powalczyć o wygraną po finiszu z peletonu, gdyż na tegorocznym TdF już kilka razy zdarzyło się, ze ucieczka dojechała do mety, ucierając nosa najszybszym zawodnikom. I tu pojawia się drugi powód. Francuzom brak sprinterów. Romain Feillu, czy Cyril Lemoine są co najmniej o klasę słabsi od Tylera Farrara, Geralda Ciolka, nie wspominając o takich specjalistach jak Cavendish, Hushovd i Freire. Mimo to życzymy któremuś z dzielnych Francuzów wygranej na dzisiejszym odcinku. Foto: AFP Photo (Moncoutie na etapie w 2005r.)
czwartek, 11 czerwca 2009
Kiedy dwa lata temu Sylwester Szmyd przegrał z Christophem Moreau na etapie Dauphine Libere z metą na Mont Ventoux, wydawało się że Polakowi uciekła jedyna i niepowtarzalna szansa na wygraną na legendarnym wzniesieniu. Jednak dzisiaj marzenie Sylwka i fanów kolarstwa znad Wisły się spełniło. Dla polskich piłkarzy czerwiec jest przeklęty. Od lat kopacze nie potrafią przygotować wysokiej dyspozycji na szósty miesiąc w roku. Inaczej jest ze Szmydem. W 2007 roku zajął, wspomniane wcześniej, drugie miejsce na Górze Wiatrów, rok temu w wyścigu Dauphine Libere był 8., a teraz triumfuje. Szmyd jest przykładem sportowca niedocenianego w kraju. I przez zarząd PZKol i przez część ekspertów. Przed Giro d'Italia Szmyd napisał na swoim blogu, że jest gregario di lusso (pomocnikiem ekskluzywnym). Późnej, w pierwszym tygodniu wyścigu, niejednokrotnie rozrywał peleton na decydujących podjazdach, pracując na rzecz swoich liderów - Ivana Basso i Franco Pellizottiego. Ale pojawiła się krytyka. Komentator Eurosportu Krzysztof Wyrzykowski na swoim blogu napisał o słowach kolarza: Nie pasjonują mnie "luksusowi pomagierzy". Wychowałem się na mistrzach świata i okolic. I oni zawiesili wysoko poprzeczkę, poprzez którą spoglądałem na kolarstwo. Pasjonowałem się i uczyłem się go od mistrzów (...) Wiem, że pomocnicy liderów są w kolarstwie potrzebni i niezastąpieni. Tak jak doping. Tylko, że to już nie jest moja bajka." Wpis redaktora Wyrzykowskiego oburzył najlepszego polskiego kolarza i doszło między panami do polemiki. Komentator poprosił, aby na którymś z górskich etapów Giro, Szmyd puścił mu oko i zajął wysokie miejsce. Tak też się stało. Kot Sylwester na jednym z odcinków zajął 7. pozycję. Dzisiejszy wyczyn Szmyda jest podkreśleniem jego sportowej klasy. Lepszego miejsca na pierwszą wygraną w zawodowym peletonie nie mógł sobie wybrać. Choć pewnie niektórzy powiedzą, że Valverde oddał Polakowi wygraną to nie można nie docenić wysiłku Polaka. Takie jest kolarstwo. Valverde i Szmyd dogadali się, że będą współpracować i jeden wygra, a drugi zostanie liderem klasyfikacji generalnej. Zachowanie Hiszpana na ostatnich metrach może śmiało kandydować do nagrody fair play i w żadnym wypadku nie mijało się z duchem sportu. Polak dołączył do panteonu sław, którzy wygrywali na Mont Ventoux. Poulidor, Merckx, Pantani, Szmyd. Niezłe towarzystwo, prawda? Gratulacje.
poniedziałek, 30 marca 2009
![]() Zadziwiające było dzisiejsze wydanie magazynu 4-4-2 na antenie TVP Sport. Akurat nie ze względu na poziom prezentowanej dyskusji i dogłębnej analizy sobotniego meczu dokonanej przez byłych selekcjonerów Gmocha i Engela, ale z uwagi na słowa tego drugiego. Jednym z punktów programu było połączenie z Jackiem Kurowskim, przebywającym w miejscu zgrupowania reprezentacji - w Tychach. W toku rozmowy redaktor Szpakowski zaproponował swoim gościom, aby zadali pytania reporterowi. I wtem: - Kiedy Beenhakker dowiedział się o tym że Fabiański nie może zagrać w Belfaście? W piątek czy w sobotę? Kto o to zapytał? Dyrektor sportowy PZPN Jerzy W. Engel! Wydaje się, że ten pan powinien na takie pytania... odpowiadać. Dochodzi zatem do kuriozalnej sytuacji, w której to o wewnętrznych sprawach reprezentacji więcej wie dziennikarz, a nie osoba która w tym wszystkim "siedzi". Później pan dyrektor popisał się jeszcze takim stwierdzeniem: - Tylko że akurat w Hiszpanii, to trzydziesty rezerwowy byłby u nas podstawowym zawodnikiem. - powiedział Stefan Szczepłek. Oburzył się Jacek Gmoch, ale z uspokajającym gestem Engel rzekł: - Spokojnie Jacek, z tym akurat się zgadzamy. Może i trzydziesty rezerwowy hiszpańskiej kadry byłby zbawicielem beenhakkerowej reprezentacji, ale nie jestem pewien czy takie sądy z ust byłego (i przyszłego?) selekcjonera są na miejscu. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Blogi sportowe
Niekoniecznie sportowo
Polecam
|