wtorek, 31 lipca 2012

Są takie konkurencje w trakcie igrzysk olimpijskich, które ogląda się tylko raz na cztery lata. Są tacy sportowcy, których występy siłą rzeczy śledzi się tylko wtedy. Cykliczność ich występów, przyzwyczajanie do odnoszenia sukcesów na przestrzeni niekiedy kilkunastu lat, rodzą do nich ogromną sympatię i szczęście, że oto po czterech latach ci ludzie dalej robią to, co robili wcześniej. Przez prawie 1500 dni między kolejnymi igrzyskami nie myśli się o nich przecież ani razu. A teraz są, znowu, trochę starsi, ale wciąż genialni.

Londyn. Tony Estanguet.

Ta opowieść to historia dwóch wielkich rywali – Francuza Tony Estanguet’a i Słowaka Michala Martikana. Brzmi anonimowo, prawda? A jednak, to wielkie postaci współczesnego sportu wyczynowego.

Panowie ci pasją swojego życia uczynili doprowadzenie do perfekcji umiejętności sterowania trzy i pół metrowym, ważącym dziesięć kilogramów kajakiem, a ściślej – kanadyjką jedynką. Żeby to jeszcze robili na spokojnej tafli jeziora. Nie! Imitacja rwącej, górskiej rzeki jest w ich przypadku codziennością.

I Martikan i Estanguet to przykłady talentów czystej wody. Ten pierwszy wygrał swoje pierwsze zawody Pucharu Świata w wieku szesnastu lat. Drugi podobny wynik osiągnął jako młodzieniec o dwa lata starszy.

Martikan urodził się w 1979 roku w Liptowskim Mikułaszu w słowackiej części Czechosłowacji. Jak można przeczytać na jego oficjalnej stronie internetowej górska woda z liptowskiej studni jest jego ulubionym napojem. Michal na igrzyska olimpijskie w Atlancie pojechał jako siedemnastolatek. Rok wcześniej zdążył wygrać wspomniane zawody Pucharu Świata, co do tej pory czyni go najmłodszym zwycięzcą w tego typu rywalizacji. W swojej szufladce miał już brązowy medal mistrzostw świata. Na olimpijskiej trasie w Ocoee Whitewater Center okazał się bezkonkurencyjny. Stał się pierwszym złotym medalistą olimpijskim w historii niepodległej Słowacji.

Rok później stało się coś, co podzieliło opinię publiczną w jego kraju. Michal, nastoletni bohater narodowy, doprowadził do śmiertelnego wypadku samochodowego. Potrącił pijanego mężczyznę, a jak wykazało dochodzenie, znacznie przekroczył dopuszczalną prędkość. Martikan dostał wyrok pozbawienia wolności w zawieszeniu i zabrano mu prawo jazdy. To nie powstrzymało zapędów kajakarza do czterech kółek. Parę miesięcy później okazało się, że Michal nic nie robi sobie z zakazu i został przyłapany przez policję za kierownicą. W obliczu rzeczywistego pozbawienia wolności dla Martikana, prezydent Słowacji udzielił mu prezydenckiego ułaskawienia. Otworzyło to debatę w kraju naszych południowych sąsiadów na temat podwójnych standardów wymiaru sprawiedliwości przy karaniu gwiazd sportu. Podobnie jak w Polsce w przypadku Otylii Jędrzejczak.

Jak najłatwiej odkupić swoje winy i zjednać z powrotem swoich krajan? Potwierdzając sportową klasę. Chciał to uczynić na igrzyskach w Sydney. Udało się, ale tylko połowicznie. W Australii na Martikana czekał człowiek, który – jak pokazała przyszłość – okazał się jego największym rywalem. Był nim Tony Estanguet.

Estanguet (rocznik 1978) pochodzi ze sportowej rodziny. Jego ojciec, Henri, w latach siedemdziesiątych należał do światowej czołówki w kajakach. Z kolei brat to także medalista olimpijski w kanadyjkach. W Atlancie zdobył brązowy medal, ulegając m.in. Martikanowi. Zanim Tony wyjechał do Sydney, musiał wygrać wewnętrzną rywalizację z bratem o olimpijski paszport. Jak wspomina, dzień ich pojedynku był dla niego jednym z najważniejszych w życiu. Ale też i jednym z najtrudniejszych: Mieliśmy to samo marzenie, jakim jest złoty medal olimpijski, lecz tylko jeden z nas mógł pojechać do Australii.

Tony nieznacznie okazał się lepszy od Patrice. Podobnie było w próbie olimpijskiej. Z Martikanem wygrał w łącznym czasie dwóch biegów o niecałą sekundę. Spełnił tym samym marzenie swoje i swojej rodziny.

Do rewanżu miało dojść cztery lata później w Atenach. Początkowo wydawało się, że Słowak wziął odwet na swoim wielkim przeciwniku. Na tablicy wyników to on miał najlepszy rezultat, a Estanguet był drugi. Radość trwała jednak tylko 20 minut. Sędziowie, dokładanie analizując przejazd Martikana, doszukali się kontaktu zawodnika z jedną z ostatnich bramek. Złoty medal przypadł Francuzowi, a Michal znowu musiał zadowolić się drugim miejscem.

Ateny. Z lewej smutny Martikan, w środku Estanguet.

Na mistrzostwach światach wygrywał raz jeden, raz drugi. Martikan, żeby udowodnić, że to właśnie on jest najlepszym kanadyjkarzem na świecie chciał koniecznie wygrać w Pekinie. Estanguet’a w stolicy Chin dopadło to, co w Londynie naszą Agnieszkę Radwańską – klątwa chorążego. Dwukrotny mistrz olimpijski dumnie niósł francuską flagę w trakcie ceremonii otwarcia w Ptasim Gnieździe. Dumny nie był jednak na torze. Odpadł już w półfinale, zajmując ostatecznie dziewiątą pozycję. Finałową absencję Francuza wykorzystał Martikan i po raz drugi sięgnął po olimpijski laur. Nauczony doświadczeniem, kiedy cztery lata wcześniej cały świat widział najpierw jego erupcję szczęścia, a później eksplozję smutku, mówił dziennikarzom: Tym razem nie widzieliście mojego wybuchu radości. To nie przyniosło mi szczęścia w Atenach. Po tych doświadczeniach wolę poczekać, aż rzeczywiście otrzymam medal. I otrzymał. Tym razem obyło się bez dramatów.

Pekin. Michal Martikan.

Dzisiaj w Londynie Estanguet i Martikan spotkali się po raz kolejny. Wygrał Francuz, Słowak był trzeci. Jak zwykle, pokazali umiejętności niezwykłe. Czy spotkają się na olimpijskiej trasie raz jeszcze? Ja na pewno będę ich wypatrywał za cztery lata w Rio. Do zobaczenia, panowie!

niedziela, 01 lipca 2012

Ani jednego zdania w trakcie trwania turnieju nie poświęciłem na stronach tego bloga współczesnej reprezentacji Hiszpanii. Były drużyny, które bardziej cieszyły oko swoją grą. Były też i takie, które bardziej pieściły wyobraźnię. Hiszpania uchodziła od początku za głównego faworyta imprezy. Ale czy mogło być inaczej, jeśli ma się do czynienia z aktualnymi mistrzami świata i Europy? Czy mogło być inaczej, jeśli podstawowa jedenastka reprezentacji wykrojona jest z dwóch najsilniejszych ekip klubowych na świecie?

Hiszpanie nie zawiedli oczekiwań swoich kibiców w kategoriach matematycznych, statystycznych. Strzelali więcej, tracili mniej. Sposób w jaki to robili mógł się podobać, ale przecież nie musiał. I tak są najlepsi.

Zawsze to zwycięzcy wyznaczają trendy w piłce. Czy trendem, który będzie próbowany od boisk polskiej A-klasy do stadionów Ligi Mistrzów będzie hiszpańska tiki-taka? Łatwo nikomu nie będzie. Do skopiowania tego sposobu rozgrywania meczu potrzeba wielu innych elementów, niż tylko pomysł trenera. Ale czy gra Hiszpanów nie jest tym, o czym przed laty mówił legendarny trener Celticu Glasgow Jock Stein, że najlepszym miejscem do obrony swojej bramki jest pole karne przeciwnika? Miało się niejednokrotnie wrażenie, że będący w natarciu zawodnicy La Furia Roja i tak bardziej się bronią.

Oby tylko taktyka 4-6-0 nie zawładnęła umysłami nauczycieli futbolu na świecie.

Dwa lata temu po finale mundialu w RPA pisałem, że być może oglądamy rozkwit futbolowej dynastii. Dzisiejszy wieczór dokonał pozytywnej weryfikacji tego określenia. Hiszpanie wygrywają wielki turniej już trzeci raz z rzędu. Nie zrobił tego nikt przed nimi. Wygrali dzisiaj z rywalami czterema bramkami. Nie zrobił tego nikt przed nimi. Fernando Torres strzelił gola w dwóch meczach finałowych mistrzostw Europy. Nie zrobił tego nikt przed nim.

Czy wieczór w Kijowie to apogeum tej drużyny? Tym razem to pytanie nie wydaje się być całkowicie bezzasadne.

Formuła tej reprezentacji nie wydaje się być co prawda wyczerpana, choć niektórych zaczynają boleć zęby, kiedy patrzą na jej grę. Za dwa lata w Brazylii po raz kolejny chłopcy z półwyspu Iberyjskiego będą faworytami. Na kontynencie amerykańskim jeszcze nigdy Europejczycy nie byli lepsi w kopaniu piłki od tubylców. To kolejne wyzwanie dla Hiszpanów. Nie z takimi jednak już się mierzyli. I jak do tej pory łamali historyczne przyzwyczajenia.

Wieczorem w Kijowie ostatni mecz wyjątkowego, bo rozegranego po raz pierwszy na ziemi Piastów, Euro. Do podsumowań turnieju sposobi się populacja. Jutro przemówią  politycy (niektórzy zaczęli zawczasu), tzw. eksperci, publicyści, ludzie w sklepach i na ulicach. Dzisiaj ostatni moment, w którym ma okazję przemówić sam Futbol.

Złożyło się, że na boisko w stolicy Ukrainy wybiegną przedstawiciele nacji słynących z masowej produkcji piłkarzy wybitnych. Już na drugich mistrzostwach świata Hiszpanie z Włochami toczyli rywalizację tak gorącą, że ich mecz należało powtórzyć. Ostatecznie wygrali ci drudzy, tak jak i cały turniej. Wygrywanie światowego czempionatu przerodziło się we włoską pasję i ze wszystkich europejskich miast to właśnie w Rzymie Puchar Świata był prezentowany najczęściej. Równe trzydzieści lat temu (bez dziesięciu dni) przywiózł go do Wiecznego Miasta Dino Zoff i Paulo Rossi wprost z Mekki hiszpańskiej piłki – Estadio Santiago Bernabeu – gdzie wyszarpali go z zawsze lepkich rąk niemieckich. Radość Marco Tardellego po strzelonej wtedy bramce przeszła do annałów historii piłki nożnej. Tardelli był w czerwcu w Polsce. Pomagał Giovanniemu Trapattoniemu przygotować Irlandczyków do grupowych pojedynków ze swoimi rodakami oraz Hiszpanami jako asystent selekcjonera.

W historii finałowych meczów o mistrzostwo Europy łączą jednych i drugich dwa fakty. Po pierwsze, takie mecze przegrali po jednym razie. Marzenia o tytule zabijali im Francuzi. W 1984 roku Michel Platini strzelił pod brzuchem Hiszpana Luisa Arconady, a szesnaście lat później David Trezeguet nie dał w dogrywce szans Włochowi Francesco Toldo. Po drugie, Puchar Henri Delunaya wznosili na swojej ziemi też po razie. Działo się to w futbolowej prehistorii – w 1964 roku na Bernabeu przytulał trofeum Luis Suarez, a w Rzymie Giacinto Faccetti cztery lata później.

Hiszpanie swój sukces potrafili powtórzyć dopiero w Wiedniu cztery lata temu. W Kijowie być może zadziała dziejowe prawo serii i to Squadra Azzurra poskromi La Furia Roja?

czwartek, 28 czerwca 2012

Dzisiejszy półfinał wygrają Niemcy. Dotychczas ani oni nie wysłali sygnału, że może być inaczej, ani ich rywale nie sprawili wrażenia, że na jakiejkolwiek płaszczyźnie są zespołem lepszym. Mimo morza ochów i achów nad maestrią Andrei Pirlo - który rzeczywiście w przekroju turnieju jest postacią genialną - Włosi szans nie mają.

Przede wszystkim to Niemcy od trzech tygodni biją się o mistrzostwo z kandydatami do tytułu. Potyczki kolejno z: Portugalią, Holandią, Danią i Grecją, zahartowały niemiecką stal. Wczoraj Portugalia wcale gorsza wczoraj od Hiszpanii nie była, a twierdzić może wielu, że przegrała niezasłużenie. Albo inaczej, to Hiszpanie nie zasłużyli na trzeci finał wielkiej imprezy z rzędu. Holendrzy z kolei rozczarowali na Euro najbardziej, ale z Niemcami grali mecz o wszystko i wymagania postawili wysokie. Podobnie zresztą jak Duńczycy, którzy, gdyby trafili do innej grupy, graliby być może w półfinale.

Joachim Loew zabrał do Polski i na Ukrainę drużynę kompletną. Żaden z zawodników nie przyjechał za zasługi na sportowy benefis, żaden nie przyjechał też dlatego, że regulamin turnieju nakazuje zabranie 23-osobowej kadry. Dało to szkoleniowcowi gwarancję - w zależności od okoliczności może składem rotować do woli.

Do takiego fortelu uciekł się Loew w ćwierćfinale z Grecją. Odstawił atakujące trio na ławkę rezerwowych i bez strachu wypuścił młodą armię na skrzydła, a jednego z najskuteczniejszych europejskich goleadorów  w historii wielkich turniejów - Miroslava Klose w pierwszej linii. Mógł sobie na to pozwolić. Miał świadomość, że Grecy sprawią im w trakcie mistrzostw najmniej kłopotów.

Zaszachował tym zabiegiem selekcjoner niemieckiej kadry swojego półfinałowego i finałowego rywala. Głowić się musi Prandelli czy nacierać z prawej strony bramki Buffona będzie duet Lahm/Podolski czy duet Lahm/Reus. Głowić się będzie Del Bosque czy hiszpańską lewą flanką popędzi Thomas Muller czy Andre Schuerrle. A jest przecież jeszcze Mario Goetze, który zagrał do tej pory całe dziesięć minut.

Wiedzą za to rywale, że z tyłu wybudował Loew mur chiński. Neuer, Boateng, Hummels, Badstuber, Lahm, Khedira, Schweinsteiger. Plus odpowiedzialna gra pozostałych. Jeśli nawet jedna cegiełka zaczyna kruszeć, to pojawia się Lars Bender i nie dość, że lepi wszystko w całość, to dokłada coś od siebie w ofensywnej inwazji.

Nie zaskoczy tego zestawu oszalały w atakach przeciw Anglii Diamanti, nie zagubią się między nogami stoperów-wieżowców maluczcy Cassano, Giovinco, czy Di Natale. Niemcy wiedzą jak z takimi postępować. Wiedzą jak z takimi wygrać. Chyba, że Pirlo ściemniał i dopiero się rozgrzewał.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
Czytelnicy
Zaprzyjaźnione strony
statystyka
Blogi Sportowe