wtorek, 09 lutego 2010
Ostatnio dosyć długo zastanawiałem się jak podejść blogowo do igrzysk w Vancouver. Jakoś swoje myśli utrwalić przecież trzeba. Pisanie choćby w pekinowej (poprawnie byłoby pekińskiej, ale to tak głupio brzmi) formie zbytnio mi nie pasi. Wszystko to jakieś drętwe i mało ciekawe. Dla mnie, a co dopiero dla czytelników. Trzeba było coś wymyślić i... wymyśliłem! Korner, czy jak kto woli Spojrzenie na murawę, ma jakiś tam wygląd. Wygląd w sensie słów w nim zawartych. Poważne teksty, składające się z poważnych zdań. Hm, nuda. Niby jakąś wartość swego czasu niósł, wszak nie każdy blog nadaje się do syndykatu bloxa, ale... Sportowych blogów jest cała masa. Kiedyś to nawet przyjemnie czytało się jak jakiś kibic, niezwiązany zawodowo z pisaniem o sporcie, przelewał swoje - bardziej lub mniej ciekawe - myśli na elektroniczny papier. Ale teraz, kiedy prawie każdy dziennikarz prowadzi bloga, to formuła się przejadła. Po co męczyć oczy źle postawionymi przecinkami, jak ma się możliwość wpisania w wyszukiwarkę nazwisk Pol, Stec, Cegliński i zmierzenia się z wpisami na poziomie, dającymi zawsze (no dobra, zazwyczaj) jakąś fajną informację i gwarantującymi całkiem odmienny niż swój punkt widzenia. W trakcie igrzysk zewsząd płynąć będą niusy o wynikach zawodów, a panowie w eleganckich marynarkach, siedzący w czyściutkich studiach telewizyjnych, będą je dla nas komentować. I świetnie się dla nich złożyło. Zawody w nocy, a cały boży dzień na analizy i przewidywania. Tylko gazety trochę ucierpią, bo będą zawsze spóźnione o 24 godziny. No cóż, nie od dziś wiadomo, że internet powoli ogranicza rolę dzienników drukowanych. Dlatego postanowiono zerwać na tymże blogu z dotychczasową formą. Skoro wszędzie będzie poważnie i profesjonalnie, to tutaj wcale tak być nie musi. Można będzie popisać bzdury o curlingu, powyklinać na niewidoczny dla piobugowego oka krążek hokejowy, ponabijać się z upadków na torze short-trackowym, a w odpowiednim momencie uśmiechnąć się i wzruszyć. Najchętniej w dwa najbliższe sobotnie wieczory.
wtorek, 29 grudnia 2009
To są jakieś jaja, żeby zawodnik chciał jechać przed przedskoczkiem i go puścili. Tak samo ja mogłem podejść i powiedzieć, że chcę jechać i powiedzieli, że nie, że teraz skoczy przedskoczek. Dzisiaj troszkę to tak było, że akurat skoczył Mueller, Koch i Schmitt i po tym przerwali konkurs. Tak wypowiadali się Adam Małysz i Stefan Hula na gorąco po pierwszym konkursie Turnieju Czterech Skoczni w Oberstdorfie. Nie wyczuwam zdziwienia w głosie naszych skoczków. I słusznie. Już od dłuższego czasu można zaobserwować niemiecko-austriacko-fiński wpływ na kierownictwo zawodów Pucharu Świata. Dzisiejsza decyzja - skądinąd całkiem rozsądna - o wydłużeniu najazdu i rozegraniu na nowo konkursu, tylko potwierdza jak silne jest lobby najmocniejszych ekip. W zasadzie od skoku Małysza na 116,5 metra widać było, iż rozegranie całej serii z 19. belki startowej będzie, nie tyle niemożliwe, co nudne. Wynik Polaka i tak jest mylący. Jego rywal z pary ledwo pokonał granicę 100 m., a byli też tacy, którym i to nie było dane. Jednak musiało spaść jeszcze kilkanaście litrów wody na metr kwadratowy, aby jury zdecydowało się na restart serii. I to wcale nie opady miały na tę decyzję decydujący wpływ, a słaby skok, lansowanego na czarnego konia zawodów, Martina Schmitta. Może to tylko przypadek, a może jednak nie? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że przerwano by konkurs po wpadce Kamila Stocha. A przecież dzisiejszy komentator wcale gorzej nie skacze od Niemca w tym sezonie. O ile dzisiejszą decyzję można w jakiś sposób tłumaczyć, o tyle skandal z pierwszego, drużynowego konkursu w fińskim Kuusamo już nie. Przypomnijmy: w drugiej kolejce bardzo dobry wynik uzyskał Krzysztof Miętus. Później warunki na skoczni uległy pogorszeniu, czego punktem kulminacyjnym był fatalny skok zawodnika gospodarzy Kalle Keituri na 66 m. Serii jednak nie przerwano i próby oddali reprezentanci wszystkich drużyn narodowych. Polska była liderem zawodów I... podjęto decyzję o anulowaniu wyników tej serii! Nie w trakcie, ale po zabawie. Nawet stonowany zazwyczaj Włodzimierz Szaranowicz był tym faktem oburzony. A w studiu TVP prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner ze zniesmaczeniem mówił o dziwnym zachowaniu Waltera Hofera. Dziwnym?! Przecież takie sytuacje nie powinny mieć miejsca! Jeśli zawsze będziemy tylko ze zdziwieniem przyjmować takie decyzje, to zawsze będziemy wykiwani. Polskie lobby w skokach nie istnieje. Jeśli nie udało się wypracować go w trakcie dominacji Małysza na skoczniach, to tym bardziej nie uda się teraz. Choć mamy atuty: perfekcyjną organizację zawodów w Zakopanem i jednego z największych skoczków w historii dyscypliny, to wady, a w zasadzie wada, przechylają szalę na naszą niekorzyść. Kto jest tą wadą? Działacze, których uosobieniem jest prezes. Zdziwiony jak po pamiętnym skoku Małysza w Trondheim.
niedziela, 06 grudnia 2009
Graficy włoskiej firmy Panini mogą już opracowywać afrykański design dla zwyczajowego sticker albumu na przyszłoroczne finały mistrzostw świata, a miejscowi biznesmeni mogą zająć się produkcją okolicznościowych szalików... znaczy vuvuzelii z nadrukami typu: England - United States, Rustenburg 12 June 2010. Dlaczego? A dlatego, że świat - przy pomocy urodziwej Charlize Theron - poznał skład poszczególnych grup mundialu roku pańskiego 2010.
Grupa A i od razu najbardziej zagmatwana mieszanka. Żadnego z rozstrzygnięć w tej grupie nie będzie można traktować w kategoriach sensacji, czy też niespodzianki. Ładnie powiedział Dariusz Szpakowski, że teraz, w grudniu, nasze dywagacje są czysto papierowe i nie wiemy jak będą wyglądać pod względem sportowym poszczególne reprezentacje za pół roku. W przypadku zespołów z tej grupy i sześć miesięcy będzie niewystarczającym okresem na jakiekolwiek oceny. Gospodarz RPA, nieobliczalne in plus Meksyk i Urugwaj oraz Francja. Francja, przy której użyty w poprzednim zdaniu dla określenia amerykańskich drużyn przymiotnik ma zbyt słaby wydźwięk. Nieobliczalna? Hipernieoblicznalna! Giganieobliczalna! Jasne, bez Zizou to nie ci sami Trójkolorowi, ale potencjał nadal mają ogromy. Tylko czy szarlatan Domenech poskłada ich na tyle, że na usta fanów mimowolnie cisnąć się będzie Allez Les Bleus? Jeśli ktoś może mówić o szczęściu w piątkowym losowaniu, to Słowacy powinni krzyczeć na całe gardła. Nie dość, że pokopią przeciw urzędującym mistrzom świata, to ich widoki na fazę pucharową są niekiepskie. Nasi południowi sąsiedzi powinni postarać się tylko o korpus ekspertów znad Wisły i poprosić o natychmiastowe działanie w przypadku przesadnego angażowania się swoich futbolistów w rozmaite kampanie reklamowe. A na pewno różne słowackie gorackie kubecky już nagabują Hamsika i spółkę do udziału w telewizyjnych spotach. Uczcie się na naszych błędach, sąsiedzi! Jeśli ktoś może mówić o pechu w piątkowym losowaniu, to reprezentanci Wybrzeża Kości Słoniowej powinni z wściekłością przeklinać Całą-FIFĘ-I-Jej-Głupie-Losowania! Drugi raz dostąpią zaszczytu występu na mundialu i drugi raz trafiają do grupy śmierci. 2006 - Argentyna, Holandia i Serbia, 2010 - Portugalia, Brazylia i Korea Północna. Nie chciałbym być złym prorokiem dla Słoni, ale znowu ostatni mecz turnieju może być dla nich spotkaniem o honor. I nie będę niczego prorokował. Bo gdyby dziś Drogba z kumplami stanął naprzeciwko Cristiano i jego partnerów, to wynik mógłby być korzystny dla ekipy z Czarnego Lądu. Ale tutaj wracamy do słów pana Szpakowskiego... I tylko tak smutno się robiło, kiedy kamera wędrowała nad głowami oficjeli, a tam brakowało swojskich postur prezesa Laty i któregoś z selekcjonerów naszych Orłów. Nawet Beenhakkera.
niedziela, 02 sierpnia 2009
Piotr Wadecki w reportażu Niedokończona historia, prezentowanym w TVP Sport, powiedział, że rok 2000 był ostatnim, kiedy polscy kolarze znaczyli coś w zawodowym peletonie. Rzeczywiście, wystarczy przypomnieć choćby srebrny medal Zbigniewa Sprucha na mistrzostwach świata w Plouay. Podczas tej samej imprezy Peter Mazur i Łukasz Bodnar podzielili się medalami jazdy indywidualnej na czas w kategorii juniorów. Przyszłość należała do Polaków. Niestety rezultaty odnoszone w wieku juniorskim, nie zawsze przenoszą się na wyniki uzyskiwane w seniorach i teraz triumfy na szosach świata święci Marcus Burghardt, czternasty w tamtej próbie. Oczywiście, Polska nie jest kolarską pustynią i w kolejnych latach zdarzały się sukcesy, lecz nie na miarę talentu i możliwości niektórych z kolarzy. Wspomnianemu Wadeckiemu w zrobieniu prawdziwej kariery przeszkodziła ciężka kontuzja. A talent miał niesamowity. Wystarczy napisać, iż typowany był na "następcę Jaskuły". Bieżący rok jest chyba najlepszy od 2000. O kolarstwie robi się znowu głośno w mediach. Rozpoczęło się od mistrzostw świata w kolarstwie torowym. Zarzuca się prezesowi Walkiewiczowi, że pruszkowski tor jest jego oczkiem w głowie, a szosę traktuje mniej poważnie. Nawet jeśli tak jest, to warto chwalić się tym co mamy. A obok Wielkiej Krokwi w Zakopanem, tor w Pruszkowie jest naszą eksportową areną sportową. Prawdziwą furorę robi w tym sezonie Przemysław Niemiec. Giro del Trentino jest obok Tour de Romandie główną imprezą przygotowawczą do Giro d'Italia. I to podczas tego wyścigu nogę sprawdzał, powracający do ścigania po dopingowej wpadce, Ivan Basso. Niemiec zdołał ograć Włocha na najtrudniejszym etapie GdT z metą na podjeździe do Alpe di Pampeago, zajmując ostatecznie 3. pozycję w klasyfikacji generalnej. Dwa miesiące później, kolarz ścigający się w ekipie Miche, wygrał trudną etapówkę Route du Sud. Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się triumf Sylwestra Szmyda podczas Dauphine Libere. Nagle Polakiem zaczęto się bardziej interesować. Udzielił kilku wywiadów i stał się twarzą startującego dziś w Warszawie Tour de Pologne, gdzie wielu liczy na jego końcowy sukces. O to może być trudno, gdyż Sylwek zakończył niedawno trening wysokogórski i TdP traktuje jako przetarcie przed hiszpańską Vueltą. Na zwycięstwo etapowe podczas Tour de Pologne czekamy od 11 września 2004 roku, kiedy Marek Rutkiewicz wygrał etap z Piechowic do Karpacza. Minęło prawie pięć lat i nadal ten zawodnik kreowany jest na polskiego faworyta. Nazywam go "polskim Armstrongiem", ponieważ od lat przygotowuje się na ten jeden wyścig, z zamiarem ostatecznego triumfu, tak jak Lance do TdF w latach 1999-2005. Różnica między reprezentantem naszego kraju, a Amerykaninem polega na tym, że LA wypełniał swój plan w 100%, z kolei Rutkiewicz rokrocznie zawodzi. Dlatego w tym roku niech wygra najlepszy, ale niech będzie to Szymd. Obyśmy ujrzeli choć jeden obrazek podobny do zamieszczonego wyżej. Photo: Riccardo Scanferla (Niemiec wygrywa na Alpe di Pampeago) |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Blogi sportowe
Niekoniecznie sportowo
Polecam
|